01/08/2025
Opóźnić śmierć
Wanda próbuje się trzymać z tyłu w nadziei, że kobiety w ciąży nie zabiją, ale gdyby znała rozkazy, wiedziałaby, że nie ma szans. Na podwórku fabryki widzi ciała zabitych, które piętrzą się na wysokość metra, wśród nich wielu sąsiadów. Razem z dziećmi zostaje jednak przepchnięta dalej, w głąb wąskiego przejścia, na drugie podwórze, gdzie Niemcy i Ukraińcy ustawiają wszystkich czwórkami. W jej grupie jest około 20 osób, w tym dzieci bez rodziców – 10-12-letnie.
"Gdy pierwsza czwórka dochodziła do miejsca, gdzie leżały trupy – kontynuuje zeznania – strzelali Niemcy i Ukraińcy w kark od tyłu. Zabici padali, podchodziła następna czwórka, by tak samo zginąć. (…) Ja byłam w ostatniej czwórce. Błagałam otaczających nas Ukraińców, by ratowali dzieci i mnie. Któryś z nich zapytał, czy mogę się wykupić. Dałam mu trzy złote pierścienie. Zabrawszy to, chciał mnie wyprowadzić, jednak kierujący egzekucją Niemiec, oficer żandarm, który to zauważył, nie pozwolił i kazał mnie dołączyć do grupy przeznaczonej na rozstrzelanie. Zaczęłam go błagać o życie dzieci i moje, mówiłam coś o honorze oficera. Odepchnął mnie jednak tak, że się przewróciłam. Uderzył też i pchnął mojego starszego synka wołając: »prędzej ty polski bandyto«".
Idąc na miejsce egzekucji prawą ręką Wanda trzyma za ręce młodsze dzieci, lewą – starszego syna, który krzyczy, że oni także zostają zabici i w tym momencie jeden z "Ukraińców" strzela mu w tył głowy. Następne kule trafiają młodsze dzieci. Wanda pada obok nich.
Pośród umarłych
Kula przebija jej kark z lewej strony, przechodzi przez dolną część czaszki i wychodzi przez prawy policzek. Wanda dostaje krwotoku ciążowego, wypluwa kilka zębów, czuje odrętwienie części głowy i ciała, ale jest przytomna. Leżąc wśród ciał zamordowanych, widzi kolejne egzekucje. "Było już ciemno, kiedy ustały. W przerwach oprawcy chodzili po trupach, kopali, przewracali, dobijali żyjących, rabowali kosztowności. Ciała dotykali przez jakieś specjalne szmatki. Mnie samej zdjęto z ręki zegarek, nie zauważyli przy tym, że jeszcze żyję. W czasie tych okropnych czynności pili wódkę, śpiewali wesołe piosenki, śmiali się. Obok mnie leżał jakiś tęgi, wysoki mężczyzna w skórzanej kurtce, który długo rzęził. Niemcy oddali pięć strzałów, zanim skonał. Te strzały raniły mi nogę. Leżałam tak przez długi czas w kałuży krwi, przyciśnięta trupami. Myślałam tylko o śmierci, jak długo będę się jeszcze męczyć. W nocy zepchnęłam martwe ciała leżące na mnie".
W następnych dniach Niemcy z pomocą psów przeczesują podwórza warszawskiej Woli, sprawdzają, czy nikt z rozstrzelanych nie przeżył. Wobec wszechobecnej śmierci psy nie wyczuwają, że leżąca pod zwałami ciał kobieta nie umarła.
A jednak życie
Wanda Lurie leży tak dwa dni, do chwili, gdy czuje w brzuchu ruchy dziecka. Świadomość, że dziecko żyje, dodaje jej energii. Zaczyna myśleć o ratunku, próbuje wstać, ale torsje i zawroty głowy nie pozwalają. Wlecze się więc na czworakach, po ciałach zabitych, w stronę muru. Trupy pokrywają całą powierzchnię podwórza, do wysokości jej wzrostu. Za jakiś czas dowie się, że na terenie filii fabryki Ursus, gdzie zginęły jej dzieci, ofiarami rzezi padło około 7 tys. osób. W masakrze na Woli pomiędzy 5 a 7 sierpnia zostanie zamordowanych w sumie od 30 do 65 tys. mieszkańców.
Wandzie udaje się doczołgać do bramy, ale przejście jest zawalone ciałami, musi więc szukać innej drogi. Przeczołguje się na kolejne podwórze i po drabinie, przez otwarty lufcik wchodzi do hali fabrycznej, gdzie spędza noc. Rano spotyka na podwórzu sąsiadkę, podobnie jak ona cudem ocaloną, i razem opuszczają teren fabryki. Udaje im się wyjść na Skierniewicką, liczą, że przedostaną się do szpitala na Czystem, ale zostają zatrzymane przez patrol i popędzone wraz z grupą ludzi w kierunku punktu zbiorczego w kościele św. Wojciecha przy Wolskiej. Młodzi mężczyźni zostają tam rozstrzelani. Wanda parę dni spędzi, leżąc przy głównym ołtarzu, jedynie towarzysze niedoli przyniosą jej trochę wody. Wreszcie zostanie przewieziona furmanką z ciężko rannymi i chorymi do obozu przejściowego w Pruszkowie, a stamtąd, dzięki pomocy jednego z polskich lekarzy – do szpitali w Komorowie i Podkowie Leśnej, gdzie po raz pierwszy zostają opatrzone jej rany. 20 sierpnia, 15 dni po egzekucji jej trojga dzieci, rodzi syna. Daje mu na imię Mścisław