10/06/2026
Do dzisiejszego wpisu natchnęła mnie koleżanka z redakcji Radio Lublin, która jakiś czas temu stwierdziła, że “ktoś, kto słucha Sunn O))) dla przyjemności, musi być specyficznym człowiekiem“. Nie mnie oceniać samego siebie, ale faktem jest, że raczej nie jest to muza na imprezę ze znajomymi albo rodzinną wycieczkę. Wyciągam zatem na powierzchnię kilka rzeczy, których od czasu do czasu lubię posłuchać a ich słuchanie sprawia mi przyjemność, choć w gruncie rzeczy to ekstremalna przygoda i niezły crossfit dla ucha i mózgu.
Skoro Ania wywołała do tablicy Sunn O))) to zacznijmy od nich. Drone. Eksperyment. Ambient. Dekonstrukcja gitary elektrycznej. Teoretycznie, większość może uznać że nie ma nic fascynującego w znęcaniu się nad radykalnie zestrojonym w dół Les Paulem podłączonym do rozkręconego na full wzmacniacza. A jednak, specyficzna wibracja którą wytwarzają O’Malley i Anderson na swoich płytach, bywa jednoznacznie wciągająca. A że zdarzały im się różnego rodzaju twisty, takie jak drone-black metal na “Black One”, niemalże drone’owa symfonia na “Monoliths & Dimensions” czy własne spojrzenie na klimaty sakralne w “Dømkirke”. To wszystko pokazuje jak prymitywny drone może być bazą startową do nieoczywistych eksploracji. Niemniej, te atawistyczne, wręcz neandertalskie grzmoty gitarowe, kompletnie obdarte z ozdobników - jak chociażby na “3: Flight of the Behemoth” czy ostatnim “Sunn O)))” również są warte uwagi. Czy to wciąż muzyka? Nie wiem. Z drugiej strony, czy wszystko na płytach winylowych musi być muzyką?
Kolejna ekstrema którą lubię się zbombardować to Painkiller, czyli efekt radykalnej próby połączenia jazzu z grindcore’m (serio, ktoś wpadł na taki pomysł). W zasadzie, saksofon brzmi tu jak coś pomiędzy wykrwawiającym się prosiakiem a piłą mechaniczną próbującą rozciąć kowadło. Do tego przedzawałowo pulsujący bas i wtórujący mu perkusista, cały wijący się w epileptycznych konwulsjach. Za tymi chorymi dźwiękami stoją John Zorn, Bill Laswell i Mick Harris, czyli goście z trzech odmiennych, muzycznych światów. Ich muza to po prostu odgłos zderzenia owych światów. Jak mi nie wierzycie, to sprawdźcie chociażby album “Execution Ground”. I spróbujcie przetrwać pierwszy numer.
Z Painkillerem współpracował swego czasu niejaki Mike Patton, który też miewał swoje odjazdy anty-muzyczne. Wiadomo, Faith No More to klasyka, i to całkiem słuchalna, ale ja… Najbardziej lubię Fantômas. Nie wiem czy to zasługa obecności Dave'a Lombardo, a może Buzza Osbourne'a z Melvins. No ale wielbię ten porąbany do granic możliwości twór. A zwłaszcza totalnie chaotyczny “Suspended Animation”. Jakieś riffy, tona gruzu, nagłe grzmoty, krótkie, niemal grindowe motywy, do tego melodyjki i dialogi rodem z kreskówek. Powiedzieć, że to popieprzone, to jak nic nie powiedzieć.
Przy wszystkich wymienionych powyżej pozycjach, rodzimy THAW brzmi najznośniej, choć ich słuchanie to także niezły czelendż. To w zasadzie black metal sprowadzony do formy granicznej, w której nie liczy się kto szybciej i bardziej plugawo, tylko kto brudniej i bardziej zwierzęco. Można do tego black metalu dodawać przedrostki noise, avant-garde czy drone i wszystkie będą tu miały swoje desygnaty. Debiut grupy z 2013 roku nosi jeszcze znamiona przyzwoitości, ale na przykład ostatni, “Fading Backwards” to już blackowy skład chaotycznie wykolejany w najmniej spodziewanych momentach.
Niedaleko od Thaw stoi fińska grupa Oranssi Pazuzu która black metal wywiodła z kolei na psychodeliczne manowce, prowadząc go w pewnym momencie jeszcze trochę po noise’owych bagniskach. Słuchając chociażby takiego “Värähtelijä” łapiesz się na tym, że chłopaki zaczynają Cię wkurzać, bo nic nie potrafią zrobić w standardowy sposób. Nagle zaczynasz tęsknić za surową prostotą a’la Mayhem, bo black u finów niby czarny jak smoła, a jednak ten pentagram jakiś taki powyginany w różne strony a i ramion ma więcej niż pięć.
Na koniec prawdziwa perełka i absolutny klasyk muzyki, którą ciężko wytrzymać. Ukazała się ona we wrześniu 1961 roku a podpisał się pod nią Ornette Coleman Double Quartet. Mówi się że to jedna z pierwszych w historii płyt free jazzowych. O jej specyfice stanowi fakt, że w lewym kanale gra inny band a w prawym inny. Zaraz. Co??!?! Nic mi się nie pomyliło. Na lewej ścieżce nagrano inny kwartet a na drugiej inny. Potem zlepiono to w całość i powstała pełna “kompozycja” .No dobra, improwizacja, bo kapela nie gra jakiegoś jednego, konkretnego motywu. Z pozoru może się wydawać że nic na tej płycie się nie zgadza, bo każdy gra totalnie co innego i nie ma to większego sensu. Jednak im mocniej się w to wsłuchać, da się wyłapać nietypowe smaczki oraz jasno stwierdzić, że oba kwartety… grają razem i zdecydowanie (starają się grać) ten sam numer. Jest to pozycja niebywale wymagająca, bo i konwencja jest wybitnie niestandardowa. Niemniej, dziś “Free Jazz: A Collective Improvisation” to już legenda i album, który przyniósł wielką sławę jego twórcom. Co ciekawe, album kilka lat później doczekał się odpowiedzi która również stała się kultowa: płyta nazywała się “Ascension” a podpisał się pod nią legendarny John Coltrane.
No, to tyle jeśli chodzi o moją nieznośną stronę płytoteki. Jest wśród ktoś, to wytrzymał którąś z omawianych tu pozycji?