27/08/2026
Wróciłam do domu po trzech dniach Festiwalu Mitologii Słowiańskiej nasycona wiedzą, warsztatami, wspólnym śpiewem, potańcówkami, obrzędowaniem przy ogniu i oczywiście pięknymi spotkaniami międzyludzkimi.
Organizatorom i organizatorkom udało się coś, co wcale nie jest oczywiste przy działaniach dotyczących szeroko rozumianej Słowiańszczyzny. Stworzyli wydarzenie otwarte, dostępne dla rodzimowierców, rodzimokulturowców (*), rekonstruktorów historycznych, osób zajmujących się dziedzictwem słowiańskim naukowo lub twórczo oraz dla ogromu ludzi nieidentyfikujących się z żadnym z powyższych, szukających w mitach, rytuałach, opowieściach swoich korzeni.
Bo korzenie są ważne. Nie dlatego, żeby w ich imię ślepo czcić przeszłość i tych, którzy byli przed nami. To, że istnieli pięć lub dziesięć wieków temu, nie czyni ich automatycznie mądrzejszymi albo bardziej etycznymi od nas. Wyrastamy z nich, ale nie jesteśmy nimi. A jednocześnie nosimy ich pamięć: w swoich ciałach, gestach, w języku, którym się posługujemy, w historiach, które kształtują naszą świadomość i związkach z miejscem, z którego pochodzimy. Sięgając do tego, co przeszłe, zstępujemy w dół Drzewa Życia: w sferę ziemi i wody, mroku i tajemnicy, gnijącej materii i nagich kości. A jednocześnie w sferę borsuczych nor, nasion czekających na wykiełkowanie i żyznego humusu, który odżywia to, co na powierzchni. Martwe zasila żywe, a „wtedy” wiąże się z „teraz” tysiącami mniej lub bardziej dostrzegalnych połączeń. Aby wiedzieć, które z nich mnie umacniają, a których już nie potrzebuję, muszę skrupulatnie się im przyjrzeć. Sprawdzić, czy sprzyjają osadzeniu w świecie i budowaniu z nim relacji, czy ją zrywają.
Bowiem Drzewo Życia nie wyrasta z „ja” ani nie kończy się na nim. Wyrasta z „my”, które możemy pojmować tak szeroko, jak tylko starczy nam wyobraźni. Rodzina, ród, plemię, gatunek, linia ewolucyjna… Ufam, że zrozumienie praktyk moich przodkiń i przodków: całowania ziemi przed wysiewem ziarna, składania ofiar świętym źródłom i gajom, przemawiania do Słońca i Księżyca, zostawiania „Przepiórce” ostatniego snopa żyta, toczenia jajek po grobach, pozwala mi lepiej odnajdywać się w skomplikowanej i płynnej późnej nowoczesności. Przeglądam się w ich działaniach tak jak inni będą się kiedyś przeglądać w moich. Szukam w nich klucza nie tylko do bycia w świecie, ale też ze światem i dla świata. Skoro kultura nadmiaru sprowadziła nas na manowce, może sięgnięcie do kultury niedoboru i budującego ją języka symbolicznego, pomoże nam znaleźć równowagę w niezrównoważonych czasach?
W kręgu ludzi zajmujących się edukacją przyrodniczą, znany jest taki rysunek (**): rdzenne trawy i zioła zapuszczające korzenie daleko w głąb ziemi porównane z typową trawą trawnikową o króciutkich, ledwo dostrzegalnych korzonkach, zależną od kaprysów ogrodnika i usychającą niemal natychmiast, gdy tylko podaż wody ustanie. Pragnę być tą, której korzenie sięgają głęboko. Nawet jeśli wierzchołki obumrą, skryte pod powierzchnią nasiona zostaną, czekając na dogodny czas.
A na festiwalu wysiewałam między innymi nasiona opowieści, dzieląc się ze słuchaczami i słuchaczkami baśnią o południcy. Dziękuję wszystkim, którzy dołączyli i zechcieli podzielić się swoimi odczuciami, refleksjami, spostrzeżeniami. Muzeum Mitologii Słowiańskiej zaś dziękuję, że tworzycie przestrzeń, w której jest miejsce i na czarne bobry w korzeniach Drzewa, i na jare pszczoły u jego pnia, i na białe orły w jego koronie.
(*) Za podsunięcie określenia „rodzimokulturowcy” dziękuję Robertowi Jaworskiemu z Żywiołaka.
(**) Grafika z roślinami pochodzi ze strony naturechange.org