02/03/2026
Im dłużej siedzę w Chainsaw Man, tym bardziej widzę, że to jest wręcz stworzone pod sesje RPG. I to nie takie „power fantasy”, tylko coś znacznie bardziej brudnego, osobistego i niewygodnego.
Chainsaw Man to nie jest historia o byciu silnym. To historia o byciu głodnym. Głodnym bliskości, normalności, dotyku, prostych rzeczy, które dla innych są oczywiste. A przy okazji o sprzedawaniu kawałków siebie, żeby w ogóle przetrwać.
I właśnie dlatego tak dobrze wydaje się działać w połączeniu z Miastem Mgły.
Ten system naturalnie wspiera konflikt między tym, kim jesteś jako człowiek, a tym, co daje ci moc. W klimacie Chainsaw Mana Mythos może być Demonem, z którym gracz ma podpisany kontrakt. Logos to twoje marzenie o normalnym życiu. O randce. O spokojnym śniadaniu. O kimś, kto nie wykorzysta cię jako narzędzia.
I nagle mechanika zaczyna robić dokładnie to, co robi fabuła anime czyli zmusza do poważnych wyborów.
Chcesz więcej mocy? Super. Ale coś pęka.
Chcesz zachować człowieczeństwo? To może nie wygrasz tej walki.
Najbardziej podoba mi się to, że w takim podejściu walka nie jest najważniejsza. Najważniejsze jest napięcie między „użyję tej mocy” a „co to ze mną zrobi”. To poczucie, że każda decyzja przesuwa cię bliżej bycia potworem albo bliżej bycia bezbronnym.
W przypadku Chainsaw Mana nie trzeba nawet wiele zmieniać. Wystarczy zaakcentować cenę, emocje i relacje. Reszta zaczyna układać się sama.